"Już mnie d... od siedzenia boli, jeszcze
trochę i ucieknę z domu bo zwariuję" rozmowa dwóch panów w sklepie.
A ja? Ja cieszę się jak wariat
na izolację, nie muszę nigdzie iść, nie muszę nigdzie jechać wreszcie jestem
w sowim świecie. Może to się wydać dziwne, bo generalnie jestem brana za
osobę towarzyską, a tak naprawdę kocham mysie dziury. Jeśli mam do wyboru
imprezę u znajomych i spacer po lesie wygra bezapelacyjnie to drugie, a jak
jeszcze w tym lesie są grzyby..... Nie liczcie że szybo go opuszczę,
obejrzę dokładnie każdy krzaczek, zakamarek górkę i dołek.
Oj tak las to zdecydowanie mój
świat
Świat w którym można być
sobą, można popłakać i pośmiać się, można wsłuchać się w przyrodę i samego
siebie.
Świat w jakim na co dzień
żyjemy nie lubi ciszy, nastawiony jest na zakrzyczenie podstawowych ludzkich
potrzeb. Na zagłuszenie głosu sumienia, zagłuszenia głosu małego dziecka, które
w nas woła o uwagę. Ten świat nie zgadza się na słabość, upadek nieidealność,
nie zgadza się na zwątpienie, chorobę....
I w ten nieidealnie idealny świat
wpadł koronawirus i nagle wiele małych światków się rozpadło. Bo obnażył on
ciemną stronę tego świata, tą na którą nie ma przyzwolenia, no bo jak. Starość
choroba i inne takie nie maja prawa istnieć, a śmierć? Na nią nikt się nie
umawiał. Żyć wiecznie, oj tak to jest to
A tu nagle nastała cisza na
ulicach, w sklepach (jakoś ludzie mniej ze sobą rozmawiają, mniej się
uśmiechają) galerie aż dzwonią cisza.... Cisza wdziera się w nasza codzienność zmuszając
do pobycia sam na sam ze samym sobą. I nagle okazuje się, ze mam wady, ze mam
potrzeby, ze nie jestem Supermenem, tylko zwykłym małym szarym ludzkim. Oj
wielu takie uderzenie w szybę boli mocno. Patrzą na siebie z obrzydzeniem i przerażeniem
i na gwałt szukają ucieczki. To lustro przed którym przyszło im stanąć pokazuje
coś tak obrzydliwego, że pewnie długo niektórzy nie otrząsną się z szoku. Cześć
wyprze to całkowicie traktując podobnie jak pandemie za koszmarny sen, który
nie może być realny. Jak najszybciej wyjść obudzić się…. A tu nie ma ucieczki bo niewidzialny wróg
zaryglował drzwi.
Zaczynamy się bać, okazywać
słabość. Nasz wystudiowany uśmiech zaczyna przygasać.... Kto nie zgadza się naprawdę
o sobie rozchoruje się przez koronaświrusa i rokowania mogą być bardzo złe.
Cisza to błogosławieństwo i przekleństwo,
ale by w nią wejść czasem przechodzi się przez męki. Pamiętam swoje początki
ciszy. Ktoś kiedyś do niej mnie zmusił. Gnałam na oślep ku zatraceniu, w przepaść
z której nie było wyjścia i ktoś powiedział STOP. Posadził mnie na adoracji i
kazał wytrwać. Matko jak wtedy gryzła mnie ławka w tyłek, najdłuższe 30 minut
mojego życia, a wskazówki zegarka jakby się sprzysięgły, nabrały żółwiego tempa
i szły jeszcze powłócząc nogami. Każdy kolejny raz Był już łatwiejszy, wiem
jednak jedno: ta cisza sam na sam ze sobą i w moim przypadku Bogiem uratowała
mi życie. Z czasem obrzydzenie do samej siebie przerodziło się w uczucie troski
i współczucia, a potem… potem i teraz szukam wyjścia z matni w która wepchnął
mnie świat.
Tak się dziś zastanawiam czy
koronawirus sprawi, że ławka ciszy naszego życia przestanie nas gryźć w tyłek i
wielu usiądzie na niej nie uciekając jak przed śmiertelnie niebezpieczną bestią? Czy staniemy oko w oko z nią by uratować
resztki człowieczeństwa jakie nam zostały? Czy wyciągniemy naukę z tego co nas
spotyka? Czy dalej wejdziemy w stado owiec, które na stracenie pognają w
przepaść?
Może to ostatnia szansa dana
naszemu światu by zwolnił?
Nie uciekajmy przed sobą, to
boli ale jeśli wejdziemy w siebie może się okazać, ze jesteśmy na skraju
przepaści i uratujemy się przed runięciem w dół
Panie naucz nas trwać w ciszy
serca. Uratuj przed niechybną śmiercią miłości, współczucia i człowieczeństwa…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz