Kolejna niedziela w domu.
Rodzi się poczucie bezsensu takiego postępowania. Serce wyrywa się na msze,
ciągle wzrasta ilość chorych ludzi. Rozum podpowiada: normalne tak będzie, a
serce: po co to wszystko.
Czuję się jak narkoman odcięty
od dragów. Nie starcza mi wideo msza, potrzebuje tam być! Nie wiem może
dlatego, że Bóg to jedyne co jest pewne rzecz w moim życiu. Reszta to jedna
wielka niewiadoma. Nie wiem co stanie się jutro pojutrze... A ja nie umiem żyć
w niezaplanowanym świecie. Muszę mieć zaplanowane wszystko z góry, bo co
nie planowane powoduje strach. Niezła szkoła życia teraz dla mojej psychiki.
Ludzie się irytują - przecież
normalnie na wszystko mają wpływ, mogą kupić każdego i praktycznie wszystko na świecie,
a teraz nie mogą kupić poczucia bezpieczeństwa. Jeśli nie mają nic innego
pewnego w swoim życiu oprócz pieniądza - to współczuje.
Egoizm wielu ludzi zderza się
ze ściana. Nie, nie należy Wam się nic, nie jesteście Panami tej sytuacji.
Musicie się podporządkować czemuś co jest ponad. Nie mówię o Bogu mówię o
maleńkim wirusie, to on rozdaje karty.
Niedługo zaczną się teksty z
serii: a gdzie był Bóg jak ludzie umierali? Tak w odpowiedzi do mnie dziś przemówiły
słowa:
Ewangelia
J9
Jezus, przechodząc, ujrzał pewnego człowieka,
niewidomego od urodzenia.
Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto
zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział:
«Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim
objawiły sprawy Boże. ....
Wiem, ze w wielu budzi się bunt, ale jak to tak –
to niesprawiedliwe.
Opowiem Wam historie :
Kilkanaście lat temu urodził
się chłopiec, pierworodny syn, wyczekane dziecko. Urodził się z wyrokiem
śmierci. Bez możliwości ułaskawienia. Żył 5 tygodni. Tylko tyle, a tak naprawdę
aż tyle. Zgodnie z danymi medycznymi powinien się nie urodzić, albo żyć
maksymalnie 2 dni.
TO nie był łatwy czas, był
bardzo bolesny, choć był z Bogiem. Było
milion pytań: dlaczego!!!! Przecież się modliłam, spowiadałam, chodziłam na
eucharystię. No jak to tak przecież zaklinałam rzeczywistość jak się dało, a jednak nie zadziałało?
Pamiętam dzień kiedy moje
serce się przemieniło.... Przestalam myśleć o sobie, o swoim egoizmie i
popatrzyłam na niego. Przestałam pytać czemu moje czary mary religijne nie
działa i on nie zdrowieje, czemu nie dzieje się cud uzdrowienia. Byłam tylko
ja, ja, ja…. Nie było tego malca, który tak cierpiał…. Patrzyłam na czubek swojego
nosa, a nie maluszka, który czekał na nasze pozwolenie by odejść. Płakaliśmy
przy inkubatorze..... Odejdź synku, tam będzie CI lepiej....
Dzień później odszedł.....
Ktoś spyta: czemu tak cierpiało niewinne dziecko?
Może po to bym ja teraz żyła a nie wegetowała? Może po to bym potrafiła
zobaczyć drugiego człowieka? Ja od tamtego czasu nie pytam już
dlaczego coś się dzieje , pytam: po co...
Po co pojawił się koronawirus
? Może po to byśmy na tym diabelskim młynie nie poginęli wszyscy. Byśmy
dali sobie i światu kolejną szanse.
Pytanie ilu z nas wyciągnie
wnioski z tej lekcji, ilu z nas pogodzi się z faktem, ze jestem tu i
teraz pielgrzymem, i ze wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi... Ilość kasy i dóbr
jakie mamy nie wyratuje nas w chwili gdy kostucha zapuka do drzwi.
Nie chcę umierać, ale nie boje
się śmierci.... Może to łaska? Czasem zastanawiam się jak to będzie, ale samej
śmierci się nie boję.... Przecież: Życie to śmiertelna choroba przenoszona
drogą płciową ....
Panie daj nam pokój serca byśmy
pogodzili się, że nie jesteśmy wieczni. Byśmy nie bali się żyć, bo boimy się
śmierci....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz